Artykuły

MICHAEL JACKSON. Seven Steps to Heaven

Gdy 26 czerwca rano odczytałem sms-a od Michała Tokaja o treści: „Michael Jackson nie żyje”, zareagowałem smutkiem i niedowierzaniem. Będąc dzieckiem, w latach 80. postrzegałem Jacksona jako uosobienie amerykańskiego sukcesu i nadludzkiej perfekcji. Król muzyki pop, powiew kultury zachodniej z płyty „Thriller”, z czasem wzmocnił swój wizerunek dzięki klipom i koncertom, na których epatował niespożytą energią i demonstracyjną pewnością siebie.

Jednak sceniczno-medialna powłoka to jedno, a życie to drugie. Sądzę, że za wielkim sukcesem krył się delikatny, kruchy człowiek, który nie do końca radził sobie z tym, co przyniosło mu życie, zarówno w sensie pozytywnym (talent, sława), jak i negatywnym (problemy osobiste, rodzinne, emocjonalne).

Nie zamierzam wdawać się w analizę psychologiczną, bo myślę, że mimo ton papieru, jakie poświęcono życiu Jacksona, pozostanie on tajemniczym, niepoznawalnym kosmitą, o którym wiemy bardzo niewiele. Dociekliwym można doradzić lekturę jego autobiografii („Moonwalk”). Ja osobiście polecam wnikliwe słuchanie jego płyt, zwłaszcza „History-HISstory”, najbardziej osobistego dzieła. Bo Michael wyrażał siebie poprzez swą sztukę, a nie życie. W sztuce był mocniejszy, bardziej wyrazisty.

Michael Jackson przyszedł na świat w sierpniu 1958 roku jako siódme dziecko z dziewięciorga rodzeństwa. Od urodzenia żył w świecie muzyki. Jego ojciec, Joseph, pracujący w stalowni, grał na gitarze w grupie The Falcons wykonującej wczesnego rock’n’rolla w stylu Chucka Berry’ego, Little Richarda czy Otisa Reddinga. Dzieci Josepha, przysłuchujące się próbom grupy, przesiąkły tą tradycją, więc późniejszy zespół Jackson 5 (w którym pięcioletni Michael już śpiewał i grał na bongosach) z niej wyrósł. Po kilku latach działalności lokalnej, sukcesów w konkursach grup amatorskich, występów w nocnych klubach, bracia Jacksonowie wiedzeni ambicją i intuicją ojca, stawili się na przesłuchanie w wytwórni Motown. Berry Gordy, szef firmy, zareagował entuzjastycznie na występ zespołu, co zaowocowało podpisaniem kontraktu.

Ukazanie się singla „I Want You Back” w 1969 roku, z Michaelem jako głównym solistą, można uznać za początek kariery Jackson 5. Singiel i późniejsza płyta o tym samym tytule okazały się sukcesem, który utorował zespołowi drogę do sławy. Pojawiały się kolejne piosenki (ABC, I’ll Be There) i płyty. Rodzinny band łączył w swej działalności elementy czystej muzyki i świetnego show dzięki nieprzeciętnym umiejętnościom tanecznym całego rodzeństwa, z Michaelem na czele. Ten ostatni już w roku 1971 nagrał swoją pierwszą płytę solową „Got To Be There”. Wkrótce cały świat poznał kilkunastoletniego chłopca, który swój styl muzyczno-taneczny stworzył inspirując się takimi artystami jak: Jackie Wilson, Diana Ross, Marvin Gaye, Sammy Davis Jr, Gene Kelly, Fred Astaire i przede wszystkim James Brown („No one influenced me more than you” – M.J.). Ten ostatni zachwycił 10-letniego Michaela, który go podpatrywał, naśladował i postanowił, podobnie jak on, dawać z siebie wszystko na każdym występie. W nagraniach młodzieńczych Jacksona najbardziej urzeka właśnie pełne zaangażowanie emocjonalne w to, co robi, i radość muzykowania.

Przyszły King of Pop już jako nastolatek pisał piosenki, lecz wytwórnia Motown blokowała ich nagrywanie. Michael, nie znoszący poczucia ograniczenia, wspólnie z braćmi doprowadził do rozstania z Berrym Gordym i Motown Family i podpisania kontraktu z wytwórnią Epic. Ten moment to początek nowego etapu drogi artystycznej Jacksona, który nigdy nie kwestionował tego, jak wiele zawdzięcza Gordy’emu i artystom związanym z Motown.

Płytę „Off The Wall” (1979) można uznać za początek wielkiej kariery Michaela Jacksona – solisty. Jest ona pierwszym rezultatem jego wiel­kiego spotkania z Quincym Jonesem, producentem także późniejszych albumów „Thriller” i „Bad”. Sam solista przy każdej możliwej okazji zaznaczał swą wdzięczność w stosunku do osoby i talentu Quincy’ego Jonesa. „Off The Wall” to niezwykła mieszanka funku, soulu i disco, oddająca rozrywkowego ducha lat 70.

Sam Michael objawił się jako wokalista bardzo oryginalny. Czasem śpiewa czystym, anielskim tonem (She’s Out of My Life) ujawniając swą fascynację broadwayowskim musicalem, innym razem pokazuje zadziorne, murzyńskie oblicze, używając głosu w niemal perkusyjny sposób, stosując swoje charakterystyczne „rytmiczne czkanie” i piskliwe okrzyki á la Diana Ross (Workin’ Day and Night). Lubi wibrować i zmieniać gładką barwę na „brudną”, murzyńską chrypę. Jako „amazing and very personal songwriter” (Q. Jones), napisał na potrzeby „Off The Wall” trzy piosenki: Don’t Stop’Til You Get Enough (z falsetowym wokalem á la Bee Gees), Workin’ Day and Night i dyskotekowe Get on the Floor. Należy podkreślić wkład kompozytorski Roda Tempertona (Off The Wall, Rock with You), późniejszego autora piosenki Thriller.

Płyta o tym tytule to pozycja rekordowa zarówno w dorobku Jacksona, jak i całej światowej fonografii. W jednym z wywiadów Quincy Jones powiedział, że właśnie na „Thrillerze” geniusz drzemiący dotąd w Michaelu eksplodował. Muzycznie mamy tu bezpośrednią kontynuację „Off The Wall”.

Są jednak nowości stylistyczne i personalne: rockowe Beat It (z solem Eddie’ego Van Halena), Human Nature napisane przez członków grupy Toto, a także The Girl Is Mine – duet z samym Paulem McCartneyem. Prawie każda piosenka z płyty stała się niegasnącym po dziś dzień hitem, często wzmocnionym przez nowatorski clip czy tzw. short film. Ścieżka wokalna piosenki Lady in My Life nagrywana była kilkadziesiąt razy. Quincy Jones wiedział, że jego solistę stać na więcej i był ciągle z niego niezadowolony. Wreszcie powiedział mu: „Zaśpiewaj tak jakbyś żebrał!” Poskutkowało. Jackson mimo świadomości swego talentu z pokorą podporządkował się swemu producentowi.

Mechanizm działał jednak w dwie strony. W trakcie sesji nagraniowej do „Bad” (1987) Michael przekonywał: „Quincy, muzyka idzie do przodu, dajmy najnowsze brzmienie bębnów!” Producent uległ i Smooth Criminal (bo o nagrywanie tej piosenki tutaj chodzi) do dziś brzmi świetnie. Na „Bad” aż 9 z 11 piosenek napisał ich wykonawca. W śpiewie i zachowaniu scenicznym tamtego okresu pojawia się u niego specyficzna złość i zaciętość. Na płycie coraz więcej elektroniki i agresywności brzmienia (Speed Demon, The Way You Make Me Feel). Wrażenie to kontrastują subtelne ballady (Liberian Girl, I Just Can’t Stop Loving You).

Album „Dangerous” (1991) to kolejny krok naprzód. Pierwszy utwór Jam (z chorusem rapowym), a także Why You Wanna Trip on Me czy She Drives Me Wild pokazują mechaniczną, industrialną muzykę wielkiego miasta, z odgłosami samochodowymi, tłukącymi się szybami, dźwiękami maszyn produkcyjnych. Przez tę „ścianę dźwięku” z trudem przebija się samotny wokal obrazując zagubienie cywilizacyjne współczesnego człowieka. W innych utworach Jackson w typowy dla siebie sposób nakłada „pionowo” kolejne ścieżki wokalne na uprzednio nagrany przez siebie kilkugłosowy chór, np. Remember the Time, Who Is It.

W tym ostatnim słyszymy przejmującą kreację wokalną, a także umiejętności beatboxowe Króla Popu, który jako rasowy tancerz, bardzo często najpierw słyszał bębny i bas swej nowej kompozycji, nagrywał to na taśmę i dopiero puszczał przyszłym muzykom-wykonawcom. W ramach promocji płyty „Dangerous”, w Bukareszcie, odbył się koncert transmitowany na cały świat. Obserwując taneczne wersje live wielu przebojów, rozumiemy ostateczny sens ich skomponowania. Cały dopracowany w każdym detalu show (z choreografią, światłami i genialnym, w dużej mierze improwizowanym tańcem lidera) pokazuje, że w sztuce Jacksona wszystko podporządkowane jest ekspresji.

Album „History” (1995) otwiera utwór Scream – odpowiedź Michaela na sytuację, w jakiej się znalazł po pierwszych oskarżeniach o molestowanie nieletnich. Na tle natarczywej, nowoczesnej brzmieniowo elektroniki pojawia się wokal-krzyk, pełen wściekłości, złości, niemal nienawiści. Słuchając militarnego They Don’t Care About Us, agresywnego 2Bad czy D.S., głęboko smutnego Little Susie, czy patetyczno-marszowego History, można by zapytać gdzie podział się pogodny chłopak z „Off The Wall”. Dawny jednolity, słoneczny koloryt zastąpiła tendencja do dwubiegunowości: Jackson albo krzyczy albo ledwo łka, rzadko coś pośrodku. Czasem dzieje się to w ramach jednej piosenki (Earth Song, Morphine). Na ostatnim albumie „Invincible” Michael pokazał świetną dyspozycję twórczą. Obok rozpaczliwych krzyków protestu (Unbreakable, Privacy) pojawiają się niezwykle ciepło i naturalnie wykonane ballady, w których Michael odchodzi od skrajności (Heaven Can Wait, Break of Dawn). Należy dostrzec także ekspresyjny duet z Carlosem Santaną w Whatever Happens.

Wbrew pozorom Michael Jackson to artysta trudny do sklasyfikowania. W tańcu połączył ekspresję Jamesa Browna z elegancją Freda Astaire’a. Raz śpiewa krystalicznie czystą barwą, raz typowo soulową, murzyńską. Niektóre nagrania miękko pulsują rytmicznie, inne zaskakują rytmiką marszowo militarną. Jeszcze inne płyną w broadwayowskiej sweet estetyce. Ta nieuchwytność stylistyczna stawia Jacksona w jakimś sensie ponad gatunkami.

Jeśli chodzi o związki Michaela z jazzem, to nigdy nie były one bliskie. Należy jednak wspomnieć, że w sesjach nagraniowych jego płyt wzięli udział m.in.: George Duke, Paulin­ho da Costa, Wah Wah Watson, Ndugu Chancler. Sam Miles Davis wyraził się na jego temat z podziwem w swej „Autobiografii” i nagrał Human Nature (na płycie „You’re Under Arrest”). Ta piękna ballada była w pewnym okresie jedną z żelaznych pozycji jego koncertowego repertuaru. U nas w Polsce Tomasz Szukalski bardzo wzruszająco wykonywał na koncertach utwór Gone Too Soon.

Sam Michael na jednej ze swych płyt z powodzeniem wykonał standard All the Things You Are. Jego wokalistyka wywodziła się z tradycji bluesowo-gospelowej, co przybliża ją do jazzu. W wielu nagraniach słyszymy improwizacje wokalne, czasem wariacyjnie zmieniające melodię, czasem całkowicie swobodne, otwarte, scatowo-beatboxowe.

Należy zaznaczyć, że o ile w latach 70. i 80. rytmika jego nagrań jest swingująca, miękka, to z biegiem lat stawała się bardziej sztywna, biała. Ta przemiana szła w parze z zastąpieniem „żywej” sekcji rytmicznej przez oprawę elektroniczną, co w konsekwencji oddalało estetykę nagrań Jacksona od jazzowego smaku. Jednak, nie wdając się w szczegóły, duża część nagrań Michaela po prostu świetnie swinguje, w dużej mierze dzięki jego nadzwyczajnemu poczuciu rytmu.

Jedną z korzyści płynących z dawnych kontaktów Jacksona z Motown była znajomość i przyjaźń z takimi artystami jak Stevie Wonder czy Lionel Richie. Wspólnie z tym ostatnim napisał We Are the World, przebój wykonany przez plejadę gwiazd amerykańskiej piosenki. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek w przeszłości czy przyszłości komuś udało się zebrać taką „ekipę” na potrzeby jednej piosenki. Współpraca z Wonderem była jeszcze bardziej owocna. W roku 1973 Jackson 5 wzięli udział w nagraniu jego płyty „Fullfilligness’ First Finale” śpiewając chórki w kontrowersyjnym utworze You Haven’t Done Nothing.

Przyjaźń obu piosenkarzy zaowocowała piosenką niezwykłej urody, o tytule I Can’t Help It, którą Stevie napisał na potrzeby „Off The Wall”. Później zaprosił Michaela, aby ten zaśpiewał głos towarzyszący w All I Do, utworze z płyty „Hotter Than July” (1980). Pod koniec lat 80. obaj wspólnie zaśpiewali duety: Get It (Stevie Wonder „Characters”), i Just Good Friends (Michael Jackson „Bad”) – piosenkę, której tytuł świetnie oddaje wzajemne relacje obu panów.

Stevie darzył Michaela szacunkiem i życzliwością, czemu dał wyraz także poza sceną. W roku 2004 wziął go w obronę, krytykując publicznie Eminema za piosenkę Just Lose It, w której raper szydził z Króla Popu, który właśnie w tym czasie miał kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Tę kpinę Wonder publicznie nazwał jawnym „kopaniem leżącego, przez człowieka, który korzysta z niedoli czarnych”.

W trakcie uroczystości pożegnania Michaela Jacksona, 7 lipca w Staples Center w Los Angeles, Stevie złożył hołd swemu przyjacielowi. Wyraźnie zasmucony zagrał na fortepianie fragment I Can’t Help It z „Off The Wall”, a następnie zaśpiewał dwa utwory ze swego repertuaru: I Never Dreamed You’d Leave in Summer i dramatyczne They Won’t Go When I Go. Był to być może najbardziej wzruszający moment tego pamiętnego wieczoru.

Można by zadać pytanie, dlaczego kolejne pokolenia interesują się Michaelem Jacksonem. Niektórzy odpowiedzą, że czyni to jego image czy ekstrawagancja. Myślę, że główna przyczyna tkwi w niezwykle silnym przekazie emocjonalnym twórczości Króla Popu. W jego śpiewie ukrytym czasem za technologią zawsze drzemią szczere ludzkie emocje („Whatever I sing I really mean it. I don’t sing it if I don’t mean it” – M.J.). Na każdym nagraniu śpiewa z ogromnym zaangażowaniem, żarliwością, wyrażając tym samym swoje wielkie serce do muzyki, której poświęcił się bez reszty. Czasem jest to serce radosne, czasem liryczne, czasem drapieżne, czasem rozdarte czy nawet zdesperowane, ale zawsze ludzkie, szczere. Ta szczerość przekazu będzie z pewnością docierać do słuchaczy przez wiele lat przebijając się przez medialny szum związany z osobą Michaela Jacksona, artysty niepowtarzalnego i prawdziwego.

...You can try to stop me, but it won’t do a thing

No matter what you do, I’m still gonna be there

Through all your lies and silly games

I’ll still remain the same, I’m unbreakable...

Tak śpiewał Michael do swych wrogów. Dziś, kilka dni po Jego odejściu, słowa te nabrały tragicznego wydźwięku i gdy je słyszę trudno mi zagłuszyć smutek. Jednak wspominając tego przedwcześnie zmarłego artystę nie wolno akcentować jedynie smutku. Należy pamiętać, że swą działalnością na rynku muzycznym Michael Jackson przyniósł (i będzie przynosił!) radość i uśmiech tysiącom ludzi na całym świecie. Jak spuentować artykuł-wspomnienie o legendzie sceny? Myślę, że słowami jednej z Jego piosenek:

...like a comet

blazing across the evening sky

gone too soon...

Wojciech Majewski, "Jazz Forum"

<< powrót